Bezkresy, cieniste wybrzeża i zielone wzgórza Irlandii skurczyły się do tego stopnia, że zmieścił je przytulny pub Pajęczyna. W piątek wystąpił tam zespół Stonehenge, przenosząc słuchaczy w krąg kultury i muzyki celtyckiej.
Zanim jednak Stonehenge wkroczyli na scenę, przygotowaniem do mocnego uderzenia zajął się Piotr Zadrożny, śpiewając kilkanaście typowo szantowych piosenek z nieprawdopodobnym akompaniamentem własnej gitary. Piotr Zadrożny to wielka postać muzycznego, żeglarskiego świata. Związany od lat z krakowskim festiwalem „Shanties", wieloletni kierownik artystyczny tej imprezy, autor piosenek, a dziś prowadzący festiwalowe koncerty, bądź zasiadający w jury. Piotr wystąpił w zastępstwie zespołu Segars, który miał być niejako suportem przed Stonehenge, ale z powodu wielkiego szczęścia, które spotkało jednego z członków zespołu - narodziny potomka, pojawił się jedynie Siwy, który godnie reprezentował kolegów, wkładając w przerwy między częściami koncertu swoje trzy grosze, ubarwione niespotykanym humorem.
Co prawda, wbrew obawom (a może oczekiwaniom) organizatorów stoły nie stały się stołami z powyłamywanymi nogami, ale to tylko dlatego, że tancerki były lekkie. Muzyka Stonehenge jest bardzo energetyczna, naprawdę trudno przetrwać cały koncert na siedząco. Już na samym początku spotkania na parkiecie pojawiły się pierwsze pary, potem tańczących tylko przybywało. W końcu zrobiło się bardzo ciasno, kilka mężnych dziewczyn tańczyło nawet na stołach.
Dzień św. Patryka świętowano głównie przy szybkich, porywających utworach, naprawdę można było dostać zadyszki. Zespół zagrał jednak kilka spokojnych, sentymentalnych kawałków będących kołem ratunkowym dla zmęczonych tancerzy.
Muzyka Stonehenge, w ogóle muzyka celtycka sprawia, że odczuwa się jakąś szczególną wolność, wolność radosną, a jednocześnie poruszającą, mającą w sobie coś z wiatru i szumu morza.
Często bardzo ekspresyjna, ale harmonijna i zgodna z naturą, wesoła i rozczulająca zarazem.
Bardzo podobał mi się skrzypek, to chyba w dużej mierze od niego zależał charakter utworu- mógł uczynić z niego skoczny reel albo spokojną pieśń z rzewną nutą.
Grupa zagrała też kilka szant. Trzeba przyznać, że Arkadiusz „Kosmos" Wąsik, czyli wokalista, jest rzeczywiście ekspertem w zakresie znajomości nieprzyzwoitych zwrotek „Morskich opowieści". Bardzo ucieszyło mnie, że na zakończenie zagrali też „Pożegnanie Liverpoolu". Repertuar był zróżnicowany, melodie przenikały się, przeplatały, czasem miały coś wspólnego, ale nie powtarzały się.
Szkoda tylko, że muzycy nie wystąpili w swoich tradycyjnych kiltach, ciągle mam nadzieję wreszcie ich zobaczyć w pełnym umundurowaniu.
W GALERII mnóstwo zdjęć, a poniżej dwa skróty filmowe.
|
Zacytuj | Email
Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |